piątek, 24 października 2014

Rozdział I

 Obudziłem się z samego rana, wszyscy jeszcze spali, gdy wyciągnąłem książkę z ukrycia i zamknąłem się w łazience. Jak pozostałe części domu, pomieszczenie utrzymane było w bieli i szarościach. Usiadłem na podłodze i oparłem się wygodnie o ścianę zagłębiając się w lekturę.
 
 ~Blisko sto lat temu nastąpił Przewrót, który doprowadził do upadku tego kraju. Społeczeństwo jest ogłupiane, nieświadome tego co robią z nim władze. Podzieleni na bogatych i biednych, nie posiadając emocji żyją według szablonu jaki otrzymali od rządu.
 Czym jest rząd? Instytucją kierowaną przez garstkę łaknących władzy ludzi. Wmawia się nam, że poza systemem nie ma nic innego. "Nie ma lekarstwa na głupotę, nie da się ocalić nikogo"- mówili rewolucjoniści jeszcze kilka lat wcześniej. Teraz pewnie siedzą gdzieś w Eterze, o ile jeszcze żyją rzecz jasna. Bardziej prawdo podobne jest iż zostali wyłapani przez służby bezpieczeństwa a następnie skończyli jako obiad dla psów strażników.
 Prawda jest cenzurowana, nie dopuszcza się jej do ludzi, bo jest to zagrożeniem dla władz.
 Każdy...~

-Takanori!- Zamarłem słysząc wołanie.- Śniadanie.
 Zawinąłem książkę w szary papier i wyszedłem z łazienki. Po drodze chwyciłem moją torbę i wrzuciłem tam zawiniątko.
 Nie byłem głodny, wypiłem tylko kubek kawy i wybiegłem z domu. Niemal biegłem, bo byłem prawie spóźniony. W pewnym momencie zagapiłem się i na coś wpadłem.
-Złapcie go! Szybciej ścierwa, bo nam ucieknie!- Wołali niebiescy do psów gończych.
-Ey co ty robisz?!-Krzyknąłem, gdy "coś" okazało się być "kimś".
 Nieznajomy Ktoś, był wysokim blondynem ubranym w czerń. Twarz miał częściowo zasłoniętą czarną maską, oczy błyskały radością. Radością?! On był radosny?! W takim momencie?! Zabijcie, proszę.
 Biegliśmy między ludźmi, kluczyliśmy przez ulice i alejki. Byliśmy już dość daleko, gdy wpadliśmy w ślepy zaułek a ja uwolniłem w końcu swoją rękę. Zachowywał się tak jakby nagle o mnie zapomniał. Zaczął szperać w ścianie. Ciekawe co ten psychol chciał tam znaleźć.
-Ey, możesz mi w końcu wyjaśnić dokąd mnie ciągniesz? Wyjaśnienie dlaczego i kim ty w ogóle jesteś też by się przydało.
 Nie zwrócił na mnie uwagi. Popchną jakąś cegłę w ścianie a ta wsunęła się do środka. Za nią kolejne, otwierając przejście.
-Chodź.
-Nie!- Najpierw wytłumacz mi to!- Zaprotestowałem i odsunąłem się jak najdalej.
 Popatrzył na mnie. Lekkie zdziwienie ustąpiło zdenerwowaniu, gdy szczekanie psów zaczęło stawać się coraz wyraźniejsze.
-No pospiesz się.- Zirytowany wskazywał na otwarte przejście.
-Nie.
 W jednej chwili z prędkością błyskawicy wyciągnął nóż z cholewy wysokiego buta. W następnej broń znalazła się niebezpiecznie blisko mojej szyi, a zamaskowany chłopak przygniatał mnie do ściany.
-Jesteś moim zakładnikiem. Nie w moim interesie czy przeżyjesz czy nie. Twoje życie nie jest wymogiem. Bądź wdzięczny, że masz tyle luzu. Normalnie zabijam od razu.
 Miałem nadzieję, że to jakiś głupi żart. Powaga, którą dostrzegłem w jego oczach nie pozwalała mi temu ufać. Ten człowiek bez wahania mnie zabije. Wbrew temu słowa te uspokoiły mnie. Na razie przeżyję.
 Wtem zza zakrętu wyskoczyło wielkie bydlę. Szerokie w barach, łapy zakończone ostrymi pazurami. Spiczaste uszy wyłapywały najdrobniejszy szept jak radary. Wydłużone szczęki z wzmacnianymi tytanem zębami kłapnęły tuż koło mnie. Nieznajomy popchną mnie w stronę wejścia, wielkie psisko doskoczyło do niego i wbiło kły w jego rękę. Nóż którym chwilę temu mi groził, wylądował w oku potwora. Zwierzę zawyło wściekle i rozwarło na chwilę szczęki. To wystarczyło aby pozbierał się z podłogi i biegiem rzucić się do ucieczki. Moment później był już obok mnie. Gdy przekroczył próg przejście zamknęło się. Mój porywacz oparł się o zimną ścianę dysząc ciężko. Przeżyliśmy.

***

 Dowódca służb bezpieczeństwa, Shiroyama Yuu szedł za swoimi podwładnymi. Jego niebieskie ubranie błyskało lekko w świetle słońca, a biały płaszcz powiewał za nim szeleszcząc cicho. Kolejny raz terroryści dali mu się we znaki. Szczera nienawiść do niszczących system szkodników kazała dać dwójce nastolatków najgorsze z kar.
 Od najmłodszych lat mieszkał w slumsach. Pomarńczowe, brzydkie ubrania były powodem kpin ze strony kolegów z klasy. System działał od lat. Zdołał wyelimonować całe zło, nie licząc ludzkiej złośliwości.
 Trafił do Eteru na kilka lat. Nie pamięta już jak tam było, ale gdy tylko za proponowali mu posadę dowódcy, zgodził się bez wahania...
 Usłyszał jęk psa. Przy spieszył nieco kroku. Skręcił w jeszcze jedną uliczkę i to zobaczył. Wielkie, bojowe bydle zwijało się na środku pustej alejki z wbitym w oko nożem.
 Ogarnęła go wściekłość. Butem przygniótł pysk zwierzęcia i wyciągnął ostrze, czemu towarzyszył  jego jęk bólu. Trzymał nóż w dłoni a krew kapała na znieruchomiałe truchło potwora. Patrzył na symbol widniejący na rękojeści.
-Reita-wycedził przez zęby widząc małego smoka.

***

 Chłopak uspokoił oddech i złapał mnie za rękę. Znów biegliśmy klucząc w ciemnościach. Czy to kanały? Chyba tak. Strasznie tu śmierdzi.
-Czy możesz mi to wyjaśnić?- Odezwałem się w końcu.
-Nie- od powiedział nie odwracając się.
-Aha. Powiesz mi przy najmniej kim jesteś?
-Jestem gangsterem. Mów mi Reita.
-To twoje prawdziwe imię?- Podejrzliwie przymrużyłem oczy.
-Teraz tak.
-Ja jestem...
-Wiem kim jesteś.
-No tak.
 Straciłem poczucie czasu. Później nie rozmawiałem już z Reitą. Prowadził nas przez ten labirynt, jakby czegoś szukał. Po kilku minutach puścił moją rękę, swoją przyłożył do krwawiącego ramienia. Nie uciekałem. Było już za późno. Niebiescy widzieli moją twarz, znaleźliby mnie i przesłuchali a później zapewne wtrącili do Eteru. To oczywiście w najlepszym przypadku. Nie myślę o tym co mogliby jeszcze ze mną zrobić.
 Strażnicy byli bardzo upierdliwi. Wiem to z własnego doświadczenia. Czepiali się najmniejszych szczegółów. Najgorszym z nich był jednak sam dowódca. Ten człowiek nie posiadał uczuć, chociaż nic dziwnego. Jego pochodzenie owiane jest tajemnicą, jedynym tropem jest plotka mówiąca o tym jakoby miał pochodzić z najbiedniejszej strefy miasta. Ponoć jego rodzina została zamordowana podczas Czystki, a on sam należał do osób takich jak ja. Nie dawał sobą manipulować, łakną wiedzy. Później miał zostać odkryty i wtrącony do Eteru. Po wielu miesiącach została mu za proponowana nowa posada, dopiero gdy jego poprzednik zginął tragiczną śmiercią a brakło ludzi na tyle inteligentnych i zdesperowanych by objąć ten urząd.
 Byliśmy już blisko celu. Z końca ciemnego tunelu błyskało niewyraźne światło. Zwolniliśmy, nie było już szans na zasadzkę, więc bez sensu byłoby się zajeździć. Po paru minutach ukazał się przed nami mur a przed nim maleńka lampka elektryczna, na hebanowym stoliku. Nie mam pojęcia z jakiej racji wzięła się tutaj. O ile mi wiadomo jedyne egzemplarze są w stolicy.
-Tu nic nie ma- wyszeptałem zdruzgotany i upadłem- tu nic nie ma.
-Tak uważasz?- Zapytał gangster i miną mnie. Patrzył chwilę na ścianę po czym wcisną wybraną cegłę. Tak jak za pierwszym razem, otworzyło się przejście.- Widzisz?

 Przekroczył próg i nie zważając na mnie poszedł sobie. Zerwałem się z podłogi i podążyłem za nim. To nie przypominało kanałów. Bardziej podziemny pokój, coś w stylu... przedpokoju? Z tym, że drzwi były tylko jedne. Wejście zdążyło się już za nami zamknąć.
 Rozejrzałem się. Naprzeciwko stało dębowe biurko a przy nim dwa krzesła. Za biurkiem były schody... w dół? Dziwne... Po co komu w kanałach schody w dół?
 Reita ignorując moje przemyślenia udał się w ich stronę. Ciekawska natura pchnęła mnie za nim.  Stopnie były kamienne i czarne jak heban, raz po razie zakręcały tworząc wieżę. Po obu stronach we wnękach na równie ciemnych ścianach były dekorowane lampki. Co jakiś czas mój przewodnik zerkał na mnie, aby być pewnym, że się nie zgubię.
 W pewnym momencie schody skończyły się i zastąpiła je ciemna podłoga. Szliśmy tak kilka chwil, nagle zza jednego zakrętu błysnęło ostre światło oślepiając nas. Zaledwie parę minut w ciemnościach zdołało mnie od niego odzwyczaić.
 Miejsce w którym się znaleźliśmy było niesamowite. Mimo, że to podziemia, rosły tu wysokie drzewa, co niektóre sięgając sklepienia. Wydeptaną wśród traw ścieżką przemierzaliśmy las. Dalej znajdował się ogrodzony sad, te z drzew były nieco niższe, ale za to między ich liśćmi błyskały nienaturalnie duże owoce.
 Las i sad były bardzo rozległe, więc przejście ich zajęło nam dość sporo czasu. Po drugiej stronie jaskini znajdowało się takie samo przejście jakim tu dotarliśmy. Korytarz prowadził raz w górę, raz w dół, skręcał i zawijał. Miałem wrażenie, że to trwa w nie skończoność, że w rzeczywistości wracamy do punktu wyjścia. Nie pytałem jednak o nic. Wiedziałem, że on powie mi tylko tyle, ile powinienem wiedzieć i ani słówka więcej. Miał takie prawo, bo to ja byłem zakładnikiem, ale ciekawość rozsadzała mnie od środka.
 ~

Dobry~
Rozdział krótki, niestety kolejny pewnie też, ale obiecuję, że będzie ich dużo. Mam nadzieję, że się podoba, dziękuję za czytanie i proszę o komentarze >,<
~Rei-chan

niedziela, 5 października 2014

Prolog


 Wracałem wtedy do domu, po skończonych lekcjach. Mijałem białe domu, białe ulice, białe rośliny. Ludzi ubranych w białe oraz niekiedy szare ubrania.
 Wszystko było ciche i spokojne...
 Usłyszałem krzyk a zaraz za nim wołanie Dowódcy Służb Bezpieczeństwa.
-Łapcie go! Nie pozwolić mu uciec.
 Mimo wrzasków funkcjonariuszy, ludzie zachowywali się jak gdyby nigdy nic, bo to ich n
ie dotyczyło.  Zresztą oni nie oczekiwali żadnej reakcji ze strony "białych" i "szarych", wzywali "pomarańczowych".
 Przedarłem się przez tłum z maską obojętności na twarzy. Nie wiele osób, może pięć w pomarańczu przystanęła tutaj aby popatrzeć. Reszta omijała zręcznie widowisko, nie zwracając na nie najmniejszej uwagi.
 Dwóch mężczyzn w niebieskich płaszczach dociskało do ziemi młodą dziewczynę. Miała długie brązowe włosy i błękitne, inteligentne spojrzenie, teraz lekko zmroczone strachem. Ubrana była w biało-granatowy mundurek Północnego Liceum- miała zamiar zostać funkcjonariuszką. Troszkę dalej drugie tyle "niebieskich" trzymało, na oko, dwa lata starszego chłopka z tej samej szkoły. Chłopak wściekle miotał się w uścisku swoich oprawców, co jednak pogorszyło jego sytuację. Jeden z dryblasów uderzył go w głowę, aż ze swojego miejsca słyszałem lekki trzask.
 Dowódca zmierzył nastolatków chłodnym spojrzeniem.
-Shizuo. Jesteś przestępcą rangi B. Twoją winą jest udzielanie schronienia przestępcy i pomoc przy kolejnych wykroczeniach. Skazuje cię na potępienie w Eterze.- Wyrecytował nad chłopakiem a następnie zwrócił się do dziewczyny.- Mei. Jesteś przestępcą rangi A. Nie raz łamałaś zakaz czytania i przechowywania książek objętych cenzurą. Jesteś również odpowiedzialna za śmierć niewinnej Anko. Skazuje cię na potępienie w Eterze. Zawczasu spędzisz jednak rok w Przedsionku.
-Nieee, błagam nieee!- Rozpaczała Mei, jej oczy zrobiły się wielkie, a głos łamał się. Szarpnęła się i kopnęła któregoś  a wtedy bez skrupułów strażnicy połamali jej nogi.
-Nie ważcie się jej krzywdzić, wy głupie ścierwa!- Dołączył Shizuo.
 Dowódca zbliżył się do niego po czym uniósł jego twarz za pod brudek tak, że niemal stykali się nosami.
-Czy ty wiesz do cholery, z kim rozmawiasz?
 Nie odpowiedział, tylko spluną mu w twarz, tym samym podpisując wyrok na siebie i dziewczynę.
-Dziewczyna zostanie w przedsionku do odwołania, z chłopakiem zróbcie, co chcecie.-Rozkazał i odszedł szeleszcząc długim, białym płaszczem okrywającym jego ramiona. Zaraz za nim podążyło dwóch niebieskich, ciągnąc za sobą szlochającą dziewczynę.
-Mei! Meeeeei!!- krzyczał chłopak.- Me...
 Nie dokończył, z jego płuc ze świstem wydobyło się powietrze, gdy spadł pierwszy cios. Za nim kolejny i następny. Krew lała się strumieniem, ie raz plamiąc ubrania przechodniów, którzy nie przejęli się tym, ani trochę.
 Zakatowali go za pomoc biednej dziewczynie, która starała się uciec od tej plugawej rzeczywistości w świat książkowych opowieści. Nikt nie zwrócił uwagi na jego wrzaski. Tutaj jest to normalne...

***

 Spojrzałem na zegarek, który nosiłem na ręce. Wskazywał północ.
 Zgasiłem ostrożnie lampkę i odłożyłem na stolik. Po ciemku dotarłem do starej szafy na korytarzu. Otworzyłem jej drzwi, które leciutko zaskrzypiały. Skrzywiłem się. Przerwałem na kilka minut, by upewnić się, że nikogo nie obudziłem. Podważyłem deseczkę z tyłu szafy i moim oczom ukazała się ścianka. Wsunąłem tam książkę i odłożyłem klapkę na miejsce. Zamknąłem drzwi starego mebla, po czym umknąłem do mojego pokoju.
 Mimo późnej pory i zmęczenia nie mogłem zasnąć. Fakt, że następnego dnia czekała mnie szkoła, nie działał zbyt pokrzepiająco. Nie miałem ochoty spać. Dużo bardziej wolałem rozmyślać. Głównie nad tym jak dalej potoczy się fabuła czytanej przeze mnie książki...

czwartek, 18 września 2014

Informacja~

 Ohayoo!
Etto... bije czołem o podłogę prosząc o wybaczenie, że tak długo nic nie umieszczam, gdy za mną jest już początek pierwszego opowiadania. Muszę niestety z przykrością poinformować Was, że niestety chwilowo zawieszam pracę nad LSIB ze względu na brak pomysłu, aby przedstawić dalszą fabułę. Jest jednak i druga wiadomość! Mam nadzieję, że nieco umilę czekanie na kolejne rozdziały projektem nad którym właśnie pracuję. Będzie to opowiadanie  science fiction, oczywiście yaoi z udziałem Reituki i myślę, że w niektórych momentach również pojawi się Aoiha. Powinno pojawić się najdalej w październiku, ale możliwe, że uda mi się skończyć ją jeszcze w tym miesiącu.
 Życzę miłego czytania.
 Rei-chan~

czwartek, 26 czerwca 2014

Letters sinked in blood

Rozdział 1
Yuu znasz to uczucie? Gdy wszystko jest okay a nagle się to kończy? Ja znam i to zbyt dobrze... Miałem cztery latka. Duży dom, kochającą rodzinę, byłem bogaty i rozpieszczany. Jednakże nigdy nie zwracałem na to wszystko uwagi. Przez większość swojego czasu przesiadywałem pod wiśnią w moim ogrodzie, tuż obok stawu- ulubionego miejsca moich ukochanych zwierzątek-kaczek. Gdy było zimno lub padał deszcz spędzałem czas przy oknie, obserwując płaczący świat zza szklanej szyby. Dzisiaj też siedziałem przy oknie. W ciszy z zainteresowaniem obserwowałem drogi drążone przez krople deszczu. -Kouyou?- Zawołała pokojówka. -Tak?- Spytałem cicho. -Rodzice cię oczekują. Westchnąłem cicho i oderwałem wzrok od szyby. Wyszedłem na korytarz a następnie schody i dołączyłem do reszty rodziny. Jak zwykle ja i Haruhi usiedliśmy z tyłu a rodzice z przodu- prowadził tata- zawsze wolał sam to robić niż zatrudniać szofera. Drobniutkie kropelki deszczu rozbijały się o samochód, gdy ruszyliśmy. Taka pogoda towarzyszyła nam przez resztę drogi, jechaliśmy powoli- jest ślisko. Nagle zza krzaków wyleciała piłka zatrzymując się na środku drogi. Tata przygotował się do zgrabnego ominięcia przeszkody, gdy z tamtej strony wybiegło dziecko starając się pochwycić utraconą zabawkę. Zobaczyło samochód i pisnęło z przestrachem. Zamknęło oczka kuląc się i przyciskając piłkę mocniej do siebie. Tata skręcił w polną dróżkę, samochód rozbryzgiwał błoto podskakując na kamieniach. Po kilku chwilach dojechaliśmy do stromego zbocza. Strach nie pozwolił mi nawet krzyknąć, siedziałem tylko czekając na nieuniknione z szeroko otwartymi oczami. Pojazd podskoczył i przetoczył się bokiem lądując na dachu. Uderzyłem głową w szybę rozbijając ją, czarne plamy przysłoniły mi widok. Słyszałem tylko krople deszczu rozbijające się o gładką taflę pobliskiej rzeki... *** Do moich uszu docierało tylko dudnienie deszczu i trzask wyładowań elektrycznych, w ciemnościach za oknem panowała burza. Obudziłem się. Rozdzierający ból przeszył moją głowę gdy próbowałem wstać z białego łóżka. W końcu dałem za wygraną. Zamiast tego rozejrzałem się. Znajdowałem się w białym pokoju <gdzie ogólnie wszystko było cholernie białe>, otoczony dziwnymi maszynami, wydającymi irytujące dźwięki. Po powierzchni okna spływały kropelki deszczu. Nic nie pamiętałem. Ta pustka... -Panie doktorze!- Usłyszałem wołanie pielęgniarki.- Co z tym chłopcem z wypadku? Trzasnął piorun a w drzwiach zamigotała sylwetka lekarza. -Noriko-san!- Sykną.-Nie tu! -Przepraszam- Zawołała troszkę ciszej, na korytarzu rozległ się dźwięk uderzania butów o posadzkę. -Niestety nic nie pamięta, najpewniej nawet odbytej ze mną przed momentem rozmowy. Mimo wszystko miał dużo szczęścia, że skończyło się na takich obrażeniach.-Tłumaczył lekarz oddalając się od mojej sali. -A... jego rodzina?- Całkiem już ciche pytanie pielęgniarki nie uzyskało odpowiedzi. To pytanie... Te kilka słów odbijały się w mojej głowie jeszcze długi czas. Nigdy nie płakałem, ale w tamtej chwili... Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie mam już nikogo. Ja sam jestem nikim. Tak bardzo żałowałem, że nie umiem płakać... Tylko tyle... *** -Cześć!- Uśmiechnęła się Takashi-san wchodząc do mojego pokoju. -Dzień dobry- odezwałem się cicho, przenosząc wzrok z okna na pielęgniarkę. Nie wiem czemu była taka radosna. Byłem tam od tygodnia a ona codziennie przychodziła i opowiadała o sobie. Czasem pytała o moją rodzinę, znajomych. Nie raz nie odpowiadałem. Zaraz potem wychodziła pod pretekstem powrotu do pracy. Siedzenie w ciszy było niezręczne. Ja nieustannie obserwowałem świat zza okna. Jednak moje myśli nigdy się tam nie skupiały, starałem się przypomnieć sobie coś. Cokolwiek by przerzedzić tą pustkę... Dzisiaj jednak usiadła na krześle obok łóżka i obserwowała mnie chwilkę w milczeniu.
-Juto zostaniesz wypisany ze szpitala.- Raczyła przerwać ciszę.- Cieszysz się? Skinąłem głową. -Takashi-san? -Tak? -Może mi pani powiedzieć co się stało z moimi rodzicami?- Spytałem niepewnie. Jej uśmiech zgasł. Zacisnęła usta w cienką linię i spuściła wzrok. Denerwowała się. Nie wiedziałem czy mojej reakcji na jej słowa, czy samym moim pytaniem. -Takashi-san...?- Załamał mi się głos. Podniosła na mnie bursztynowe spojrzenie, pełne smutku i współczucia. Nie przyniosła dla mnie najlepszych wieści, ale przejęła się tym tak bardzo, że gdybym zapomniał iż to wieści o mojej rodzinie, zacząłbym ją pocieszać. Wzięła głęboki wdech i spojrzała mi w oczy. -Kou-chan- mówiła cicho i powoli- twoi rodzice nie żyją, nie udało się ich uratować. Siostra zmarła wczoraj w naszym szpitalu. -Nie żyją...-powtórzyłem bezmyślnie. Tydzień temu nie mogłem się ruszyć z powodu licznych śiniaków i bólu głowy. Dzisiaj przygniótł mnie jeszcze większy ciężar. Ledwo oddychałem, skupiłem się na uspokojeniu samego siebie. Miałem rację... Tak bardzo nie chciałem jej mieć tym razem... -Tak mi przykro kochanie- powiedziała ściskając mnie za rękę. Zamierzała dodać mi tym gestem otuchy, ale właśnie przez nią przypomniałem sobie o czymś jeszcze. -Co teraz ze mną będzie?- Spytałem drżącym głosem. -Nie mam pojęcia skarbie- wyszeptała-opieka nad tobą zostanie przekazana rodzinie lub do domu dziecka. -Ja... Ja nie chcę trafić do domu dziecka.- Wyszeptałem sam do siebie. To było jak wyrok na mnie. Moja rodzina nie żyła. Nie mam już nikogo więcej. -Przykro mi- powiedziała po raz kolejny. Siedzieliśmy w milczeniu kilka chwil. Co teraz? Dom dziecka? I co potem? To bez sensu... -Takashi-san!- Zawołał ktoś z korytarza. -Idę!- Odkrzyknęła i po raz ostatni uścisnęła moją dłoń. Zostałem sam... Zupełnie sam... Dlaczego nie mogę nic pamiętać? Wiem jak się nazywam, pamiętam jak siedziałem przy oknie patrząc na deszcz, ale... nic więcej. Dlaczego? *Dwa tygodnie później* Stałem przy moim "bagażu" i wyliczałem rzeczy, które powinny być spakowane. Kazuko, jest! Prezenty od "nowej" mamy, są! Plecak od Takasi-san, jest! Moja opiekunka spakowała mnie i zostawiła na chwilę. Popatrzyłem jeszcze raz na białe i ponure pomieszczenie. Zero emocji... Następnego dnia po rozmowie z Noriko-san pogorszyło mi się. Lekarze postanowili przedłużyć mój pobyt w szpitalu. Nie obchodził ich fakt, że czułem się już lepiej. Na wszelki wypadek nie wypuścili mnie z tamtąd przez dwa kolejne tygodnie. -Gotowy?- Spytała Takashi-san. Wyjątkowo dzisiaj zamiast białego uniformu miała na sobie żółtą sukienkę a długie, czarne włosy, spięte w kucyk opadały na ramie. -Hai- powiedziałem i pozwoliłem by wzięła mój plecak. Wyprowadziła mnie ze szpitala. Jasne promienie słoneczne uderzyły mnie w twarz- słońca też nienawidzę. Odnalazła na parkingu czerwoną toyotę i wrzuciła do niej nasze rzeczy na następnie mnie "zapakowała". Jechaliśmy około 40 minut, omijając jeden korek za drugim i zatrzymaliśmy się przed starą kamienicą. -Jesteśmy!- Powiedziała radośnie pielęgniarka.- Hey uśmiechnij się! Wykrzywiłem się z lekka, ale Takashi-san tylko bardziej się roześmiała. Wysiedliśmy z auta i wdrapaliśmy się na ósme piętro. Otworzyła drzwi wpuszczając mnie do środka. -Sugo! Jesteśmy!- odezwała się zamykając za nami mieszkanie. Moja biedna droga ucieczki... Z salonu wyszedł wysoki Japończyk z krótkimi czarnymi włosami i niebieskim spojrzeniem. Miał na sobie ciemne jeansy i czarny podkoszulek z czarnym pingwinkiem. Uklęknął przede mną z uśmiechem. -Cześć, jestem Usami Sugo, a ty? -Ja... ja jestem Takashima Kouyou- powiedziałem cicho. -Miło mi cię poznać Kouyou. Zaśmiał się i zmierzwił moje włosy. Jakoś jego dobry nastrój nie specjalnie mi się udzielał... -Kou-chan, Sugo jest moim chłopakiem. I jeśli się zgodzisz to będzie mi pomagał w opiece nad tobą. -Tak!- Przywołałem na twarz wymuszony uśmiech. Moich opiekunów chyba usatysfakcjonowała moja odpowiedz, bo Noriko klasnęła w dłonie. - W takim razie, może wy obejrzycie twój nowy pokój a zrobię coś do jedzenia? -Bardzo chętnie, dziękuję- powiedziałem i przytuliłem zaskoczoną dziewczynę, po czym podreptałem za Usamim. Przeszliśmy do końca korytarza, skręciliśmy w lewo a następnie w pierwsze drzwi po prawej. Pokój był mniejszy niż ten w rezydencji, ale o wiele bardziej przytulny i "ciepły". Na przeciwko wejścia znajdowało się łóżko, tuż przy oknie, obok stało solidne biurko i krzesło. Resztę przestrzeni zajmowała szafa oraz półki na książki i zabawki. -I jak podoba ci się?- Zapytał Sugo. -Tak! Dziękuję Sugo-san. W końcu miałem swoje własne malutkie miejsce... *** Obudziłem się. Przez okno nad moim łóżkiem wpadały jasne promienie słońca. Popatrzyłem na świat za szklaną przeszkodą. Rozciągał się bowiem widok na zielone podwórko i plac zabaw na którym już od rana bawiły się dzieci. -Kouyou?- Zapytała Noriko-san- wstałeś już? -Tak- powiedziałem. -Za chwilkę będzie śniadanie. Pomóc ci się ubrać? -Nie dziękuję. Skinęła głową i wycofała się za drzwi. Wyślizgnąłem się z pod kołdry a następnie zsunąłem na ziemię. Rany nadal mi dokuczały, ale mimo to zajrzałem do szafy, bez wołania opiekunki. Zdziwiony odkryłem komplet ubrań idealnych dla mnie. Wybrałem cienką, szarą bluzę z czarnym misiem oraz luźniejsze, czarne spodnie. Zaścieliłem łóżko- dlaczego? Przecież nie każde dziecko w moim wieku to robi a często nawet udaje, że nie potrafi, aby je ktoś wyręczył. Ja jednak zawszę robiłem to sam, bardzo nie lubiłem zostawiać tego pokojówkom, czułem się z tym nie w porządku. Zawsze wstawałem bardzo wcześnie i nie siedziałem do późna. Wziąłem w łapki Kazu-chana i podreptałem do kuchni. Przywitała mnie Takashi-san biegająca w tę i z powrotem oraz Usami-san pijący kawę przy stole. -Dz... dzień dobry- powiedziałem cicho, patrząc w podłogę. -Oo Kou-chan! Siadaj!- Powiedziała radośnie moja opiekunka. Posłusznie wdrapałem się na krzesło najbliżej Sugo. Patrzyłem w blat, nadal jeszcze nie przyzwyczaiłem się do tej radosnej, rodzinnej atmosfery. -Na co masz ochotę?- Spytała- może płatki? -T... tak- wyszeptałem przytulając się do misia. W moim domu nigdy nikomu nie mówiłem na co mam ochotę. Pokojówka w ciszy przynosiła wielkie srebrne tace, ale zazwyczaj wynosiła nietknięte. Nigdy nie jadłem za wiele, bo nie miałem na to ochoty. Mama przygotowała płatki i postawiła przede mną miskę. Jeszcze nigdy nie jadłem czegoś takiego. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że w pięć sekund nie było śladu po śniadaniu a te "płatki" bardzo mi smakowały. Noriko zmyła naczynia i ściągnęła niebieski fartuszek. Jakiś czas temu elegancko ubrany Usami-san wyszedł do pracy taszcząc za sobą czarną teczkę. Zapytałem mamę, dlaczego muszą gdziekolwiek iść, przecież moi "prawdziwi" rodzice pracowali w domu... -Wiesz nie wszyscy pracują w domu skarbie- powiedziała- Sugo musiał wyjść, ale wróci o 16. -Noriko-san?- Spytałem- A kiedy będzie "16"? Zaprowadziła mnie do małego saloniku w którym znajdowała się sofa, fotel, mały stolik, telewizor i kilka półek. Wskazała na koło wiszące na ścianie. -Popatrz, to jest zegar- tłumaczyła- teraz wskazówka pokazuje "9". Gdy wskazówka pokaże "4" Sugo wróci z pracy. Skinąłem głową na znak, że rozumiem. Noriko uśmiechnęła się i wyszła z pokoju. Wróciła, niosąc ze sobą kolorowe pudełko. W środku zobaczyłam niebieskie wiaderko, ozdobione żółtą kaczuszką i czerwoną łopatkę. W moim poprzednim domu miałem ich tysiące, ale na widok znajomej zabawki przytuliłem się do mamy. -Dziękuję...- wyszeptałem- dziękuję mamo. Zaskoczona przytuliła mnie mocniej. -Kaczuszko moja, co powiesz na wyjście na plac zabaw?- Spytała. -Chętnie, dziękuję!- ucieszyłem się, Pięć minut później siedziałem na krzesełku przy drzwiach a mama wiązała moje buciki. Mama trzymała mnie za rękę i uśmiechała się ciepło a ja niosłem z dumą niebieskie wiaderko. Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłem tak szczęśliwy, jak wtedy gdy szliśmy na plac zabaw. Szczęśliwszy niż wtedy gdy dostawałem nowy prezent, szczęśliwszy niż wtedy gdy obserwowałem kaczuszki pluskające się w stawie, niż wtedy gdy uciekałem do swojego własnego świata. Dotarliśmy. Na małej przestrzeni, otoczonej blokami mieścił się plac zabaw. Troszkę stresowałem się- przecież nigdy wcześniej na żadnym nie byłem. Na całe szczęście na tym była tylko dwójka dzieci. Z pewnością starsi- chłopak i dziewczynka. Oboje bawili się w jednym z rogów piaskownicy. Mama zatrzymała się i uklękła przede mną. - Pójdziesz teraz pobawić się z Yuu-chan i Kamiki-chan, dobrze?- Spytała łagodnie. -Dobrze! W następnej chwili byłem już w drodze. Wstrzymałem oddech. Kamiki... była... ŚLICZNA! Jak lalka. Różowa sukienka powiewała lekko na wietrze. Siedziała na ramie piaskownicy pilnując, bawiącego się brata. Yuu też był w porządku. Miał ciemne spodenki i czarną koszulkę z jakimś napisem. -Cześć!- Powiedziała Kamiki. -C...cześć- odpowiedziałem. -Jestem Kamiki a to mój braciszek Yuu-chan. -Hey... Ja jestem Kouyou. Dziewczynka zeskoczyła z belki i podeszła do mnie. Złapała mnie za rękę i zaczęła prowadzić w stronę Yuu. -Kamiki-chan? -Choć idziemy budować zamek!- Zaśmiała się.- Yuu! Mamy konstruktora. Nim się zorientowałem siedziałem po uszy w piasku tworząc z niego dla mnie i moich nowych przyjaciół. *** -Takashi Noriko, no proszę!- Powiedziała kobieta siedząca na ławce.- Czyżbyś w końcu zmądrzała podczas mojej nieobecności? -Inoue!- Wykrzyknęła radośnie mama- jak ja cię dawno nie widziałam! Co u was? -Humpf. Nie odpowiedziałaś mi!- Inoue udała oburzenie.- No ale cóż. Tak wróciliśmy, jakiś tydzień temu. Wyjazd do Niemiec to jakaś pomyłka była, szczególnie na stałe. Dzieci nie czuły się tam najlepiej, mimo, że dzięki Akihito znają niemiecki. Siadaj. Noriko usiadła obok przyjaciółki i dopiero teraz spojrzała w wózek. Popatrzyła na przyjaciółkę a następnie z powrotem na dziecko. -O rajciu a kogo my tu mamy?- Zapytała Takashi-san. - To malutka Izumi-chan, ma jedenaście miesięcy- pochwaliła się niebieskooka. -Jesteś w ciąży. Zaskoczona mama Yuu, zakrztusiła się wodą którą właśnie piła. Zakaszlała i odłożyła butelkę. Popatrzyła na Noriko. -Hai!- Uśmiechnęła się promiennie. -Gratuluje!- ucieszyła się mama. -Iie! To ja gratuluje tobie.- Spojrzała w naszym kierunku. Uśmiechnęła się pod nosem mimo woli. Później powiedziała mi, że w tym momencie pomyślała: "On naprawdę jest szczęśliwy. Zaledwie jeden dzień zmienił całe jego życie. Niesamowite..." -To nie jest...- zająknęła się pielęgniarka- Kouyou nie jest moim rodzonym synem. Tydzień temu jego rodzina zginęła w wypadku a on trafił do szpitala w którym pracuje. Ja i Sugo postanowiliśmy go adoptować. -Naprawdę?- Wyszeptała Inoue i zasłoniła ręką usta, raz jeszcze spojrzała w moją stronę.- Biedne dziecko... Noriko nie waż się go skrzywdzić, jasne? -Tak, obiecuję- odpowiedziała pielęgniarka i przytuliła przyjaciółkę. *** -Kou-chan- powiedziała Kamiki - teraz budujemy wieżę!
-Okay!- Odpowiedziałem. *Trzask* -Moje wiaderko!- Krzyknął Yuu, zbierając plastikowe skorupki.- Kamiki, czemu to zrobiłaś? -Yuu, przepraszam! Pożyczysz mu wiaderko? Proszę Kouyou! -Ja... ja nie mogę!- Powiedziałem przyciskając zabawkę mocniej do siebie. -A... aha. To ja zapytam mamy czy wzięła drugie, a wy ty zaczekajcie, okay? Obaj skinęliśmy głowami a wtedy dziewczyna pobiegła do ławki na której siedziały nasze mamy. Zacząłem zbierać piasek do wiaderka a następnie budować kolejne wieżyczki. Yuu usiadł na ramie piaskownicy obserwując moją pracę. -Nee, Kouyou?- Spytał.- Ile ty masz lat? -J...ja?- Odpowiedziałem pytaniem.- Cztery, a ty? -Ja mam sześć!- Pochwalił się.- Kamiki ma siedem i pół. Spojrzałem na Yuu a następnie na jego siostrę. Kamiki rzeczywiście wyglądała na siedem lat, ale Yuu? Był tego samego wzrostu co ja, mimo, że jestem dwa lata młodszy... -Yuu, masz jakieś rodzeństwo?- Spytałem. -Tak! Najstarsza jest Asuna, później jest Kamiki, ja i Izumi.- Uśmiechnął się.- Szkoda, że nie mam brata. A ty Kou? -Miałem starszą siostrę Haruhi.- Powiedziałem drżącym głosem.- Ona... Ona umarła.. Razem z moimi rodzicami w wypadku. Yuu przestał machać nogami. Popatrzył na mnie ze smutkiem i współczuciem. -W takim razie... Noriko-san nie jest twoją mamą?- Spytał. -Teraz jest. Powiedziała, że razem z Sugo-san ada... ado...- poplątał mi się język, więc warknąłem cicho- powiedziała, że mnie a-do-pto-wa-li. -Co to znaczy a-do-pto-wać? -Nie wiem. Teraz Noriko-san i Sugo-san są moimi rodzicami i to jest ważne-uśmiechnąłem się. W tym momencie przybiegła Kamiki i zdziwiona naszym zachowaniem usiadła obok brata. -Yuu, mama woła nas na obiad-powiedziała. -Dlaczego już?-Spytał zawiedziony. -Izumi jest głodna.-Odrzekła.- Kou-chan, Noriko-san powiedziała, że wy też będziecie już iść. -Okay. Dziękuję Kamiki. *** -Chyba się polubili- stwierdziła Inoue. Mama zerknęła w naszą stronę a następnie na swoją przyjaciółkę. Uśmiechnęła się. -Chyba tak- odpowiedziała. -Będziemy się zbierać- powiedziała niebieskooka- do zobaczenia! Pamiętaj co mi obiecałaś! *** -Yuu! Kamiki!- Usłyszeliśmy wołanie.- Chodźcie, wracamy! Rodzeństwo zeskoczyło z belki i zaczęło zbierać zabawki do plecaka. -Musimy już iść.- Powiedziała Kamiki.- Do zobaczenia, Kou-chan! -Paa Kouyou!- Rzekł Yuu i czmychnął za siostrą. Znów zostaję sam... Rozbolała mnie głowa, zachwiałem się. Położyłem łapki ma włosach. Upadłem. Klęczałem na piasku nadal trzymając się za głowę. Krew pulsowała mi w żyłach, czułem każdą z nich i poczułem każdą szkarłatną kroplę w moim ciele. Rozmył mi się wzrok. Sam... Ja... Jestem... -Kouyou?- Otrząsnąłem się, ból głowy minął.- Kouyou! Wstałem z piasku i chwyciłem wiaderko, po czym pobiegłem do mamy. To było dziwne i potworne uczucie. Chciałbym o tym zapomnieć... -I jak Kou-chan? Jesteś już głodny?- Spytała. Przytaknąłem, więc razem z mamą wróciliśmy do domu. Byliśmy na placu aż do 15:30! Nawet nie poczułem gdy ten czas minął... Niedługo później wrócił tata, więc wspólnie zagraliśmy w jedną z moich licznych gier. I tak było codziennie...
Już nie byłem sam... 
W końcu czułem, że odzyskałem rodzinę. *** Dobry ^^ Pierwszy rozdział mojej nowej Aoihy ląduje do was. Dziękuję Taczce i Lulu, bo kazały mi opublikować to pod groźbą śmierci. XD Wcześniej pisałam tylko "do szuflady", ale z tym koniec w większości, obiecuję! Liczę na kilka komentarzy odnośnie tego jak się podoba, bo to motywuje, okay? ^^ Rei-chan ~(o-o~)